ISIDORUS
Echo Katolickie: Patriotyzm na trawce Drukuj
sobota, 7 czerwca 2008, 21:00
Dodał: (Admin)
Trzeba przyznać, że nieuchronnie zbliżają się Mistrzostwa Europy. Nie chodzi mi jednak o te, które rozpoczynają się niedzielnym meczem 8. czerwca, ale o te, które rozgrywane będą na polskich i ukraińskich boiskach w roku 2012.
Echo Katolickie
Echo Katolickie
Nr 23
Co prawda istnieją przepowiednie, zgodnie z którymi w roku tym nastąpić ma koniec świata, ale wydaje mi się, że nie ma co liczyć na to, że siły nadprzyrodzone załatwią za nas sprawę rozgrywek. Po prostu trzeba zakasać rękawy i zintensyfikować przygotowania, bo może się okazać, że stanowić one będą autentyczny koniec świata, ale w polskim wydaniu. Tymczasem premier polskiego rządu uroczyście otworzył w Dniu Dziecka pierwsze z 2012 boisk dla dzieci i młodzieży. Jak przystało na sprawny PR, otworzył je w mateczniku PiS-u, którym jest Podkarpackie. Przyznam się, że nie odniosłem wrażenia, iż rząd intensywnie stara się wypełnić obietnice wyborcze, lecz raczej stara się nadrobić lecące w dół słupki poparcia społecznego. Jednakże w czasie konferencji prasowej Donald Tusk użył pewnego stwierdzenia, które wprawiło mnie w zdumienie. Otóż powiedział, że dzisiaj każdy Polak uczy swoje dziecko patriotyzmu na murawie boiska. Przyznam się, że zatkało mnie kompletnie, ale cóż, może ponowny kontakt premiera z trawką (boiska) tak zadziałał na jego stany mentalne. Wspólnota szalikowa czy wspólnota wartości? Oglądając niektóre przekazy medialne ze spotkań narodowej reprezentacji czy polskich zespołów ligowych, odniosłem wrażenie, że istota patriotyzmu znajduje się na poziomie barw szalikowych. Biało-czerwone barwy, dominujące na trybunach stadionowych, w jakiś sposób łączy wszystkich kibiców w jedną społeczność. Ale wystarczy jakaś iskra zapalna i tworzona sznurem szalikowym wspólnota upada, a jej miejsce zajmuje zwykła burda lub wręcz regularna bitwa, mająca swój finał w aresztach lub prosektorium. Oczywiście, można zwalać odpowiedzialność na „niebezpieczny element”, biorący udział w dopingowaniu swojej drużyny, czy też zastanawiać się nad monitoringiem osób wchodzących na trybuny stadionowe. Takie doraźne tłumaczenie ma wielu zwolenników, chociażby z tego faktu, że stanowi łatwe wyjaśnienie zachodzącej sytuacji i umożliwia zepchnięcie odpowiedzialności na innych. Problem jest jednakże trochę głębszy i nie sposób go ominąć w kontekście wypowiedzi naszego premiera. Każda społeczność stanowi zwarty organizm, oparty na jakimś czynniku wiążącym ludzi w jakąś wspólnotę. Ów czynnik wspólnoto twórczy jest zasadniczy nie tylko dla identyfikacji się jednostki z grupą, ale również stanowi o zwartości i trwałości danego organizmu społecznego. Tym, co łączy kibicujących jakiejś drużynie sportowej z natury rzeczy jest dominująca chęć sukcesu „swoich” oraz pokonania przeciwnika. Niestety, nie ma w tym żadnego elementu kulturotwórczego, to znaczy stanowiącego podstawę do wytworzenia wspólnoty wartości - pewnych ponadczasowych ideałów (nie cierpię tego słowa), które mogą stanowić wyznacznik dla postępowania człowieka w różnych sytuacjach życiowych. Nawet jeśli odrzucimy wszelkie bandyckie zachowania, to społeczność wytwarzana na kanwie stadionowych emocji jest społecznością opartą przede wszystkim na wrogości, chociaż nie manifestowanej wprost czy za pomocą pięści. Ponadto jedynym dobrem, ku któremu zdąża ta społeczność, jest wygrana „naszych” oraz doznanie przyjemności różnego rodzaju. Jeśli więc na bazie piłkarskich rozgrywek Donald Tusk pragnie budować współczesny polski patriotyzm, to zasadnym wydaje się pytanie o trwałość takiego przedsięwzięcia oraz zestaw wartości wpajanych młodym ludziom, który będzie dla nich wyznacznikiem postępowania w codziennych sytuacjach. Ja cię uczyć każę Zastosowany przez premiera zwrot: „Każdy prawdziwy Polak uczy swoje dziecko grać w piłkę” zawiera w sobie niebezpieczeństwo o wiele większe. Mam nadzieję, że było to po prostu przejęzyczenie, ale przecież osobie na premierowskim stołku nie powinno wyrywać się z ust nic nieprzemyślanego. Zasadniczym rysem patriotyzmu jest utożsamienie się z pewnym dobrem, które jest ogólnie określane mianem „ojczyzna”, oraz umiejętność poświęcenia się dla tych wartości. Ojczyzna nie jest tylko wytworem pewnych biologicznych uwarunkowań, lecz raczej tożsamością kulturową, związaną ze wspólnotowo przeżywaną rzeczywistością dziejową i teraźniejszą. Wchodzenie więc w tę wspólnotę dokonuje się na bazie edukacji kulturowej, a nie tylko biologicznej. Na piłkarskim boisku dzieciak może uczyć się rywalizacji fair play, ale nie będzie w stanie nauczyć się uzasadnialnej dla innych decyzji łączności z narodem, jego dziejami i kulturą. Choć będzie miała podstawy do podejmowania rywalizacji z innymi oraz krzepę w rękach i nogach, to jednak nie będzie w stanie odnaleźć uzasadnienia dla włączania się w dziejową procesję naszych praojców i dobudowywania swojego udziału w tym dziedzictwie. Przepraszam za sformułowanie, ale stadion tworzy raczej stado niż społeczność. Wskazanie więc na boisko jako miejsce edukacji młodego pokolenia jest po prostu głupie. Nie znaczy to, że mam coś przeciwko rozwojowi fizycznemu naszych milusińskich. Wręcz przeciwnie. Komputerowe schorzenia coraz częściej powodują, że dzieciaki są po prostu zdeformowane. Ale piłkarskie zagrania nie zastąpią wychowania dziejowego i kulturowego. Kindersztuba patriotyczna to rozmiłowanie w tym, co jest przeszłością, aby móc z podniesioną głową kroczyć w przyszłość. Tego plac pomiędzy dwiema bramkami nie jest w stanie wykrzesać w młodych Polakach. Do tego potrzebna jest dobra szkoła i zakorzeniona w przeszłości rodzina. Wizerunek ponad wszystko Trzeba więc przyznać, że w całym tym stwierdzeniu nie chodzi o umocnienie naszej wspólnoty ojczyźnianej, ale raczej o podreperowanie własnych notowań w społeczeństwie. Jednakże niezwracanie uwagi na zasadnicze problemy powoduje, że brzemię skutków będziemy odczuwać w przyszłości. Wykształcony na boisku osiłek może będzie umiał zdobywać gole i podawać piłkę, ale nie będzie utożsamiał się ze wspólnotą narodową. Do tego potrzeba po prostu wykształcenia. Duch narodu przetrwał dziejowe zawieruchy dzięki czytelnictwu i przekazywanej w rodzinach miłości do Polski. „Sportsmen” z boiskowej trawki będzie obojętnie podchodził do spraw tożsamości narodowej. Dla niego nie będzie ważne, w jakiej drużynie gra, ważne będzie osiąganie sukcesu poprzez wbijanie goli. Nawet do własnej bramki.

autor: KS. JACEK WŁ. ŚWIĄTEK

Powyższy artykuł publikujemy dzięki uprzejmości Oficyny Wydawniczej wydającej tygodnik "Echo Katolickie". Ten oraz inne ciekawe artykuły i felietony, można przeczytać w najnowszym numerze tygodnika (nr 23).

POLECAMY: www.EchoKatolickie.pl